Byłem wczoraj u dentysty. Prywatnie. Wiem, wiem – nie ma się czym chwalić. Ale jak człowieka złapie ból, to priorytety zmieniają się szybciej niż ceny paliwa na stacji. A szczera diagnoza dentysty jest ważniejsza niż zasady, kolejki i zdrowy rozsądek.
Godzina była, delikatnie mówiąc, późno wieczorna. Do gabinetu miałem prawie 20 km, bo w promieniu kilku wiosek nie znalazłby się żaden dentysta, który przyjmuje na NFZ. A nawet jeśli by się znalazł, to terminy byłyby dłuższe niż moja droga do miasta.
Przyjął mnie młody człowiek. Fachu pewnie uczył się w domu – może od ojca, może od matki, bo rozmowa zdradzała, że to taka rodzinna tradycja. Gabinet? Wypasiony jak niemieckie samochody z górnej półki – wszystko błyszczy, fotele kosmiczne, sprzęt jak z NASA.
Ale pierwszy raz w życiu poczułem, że nie jestem u lekarza, tylko w firmie usługowej. Wchodzisz, siadasz, wszystko profesjonalne i miłe, ale brakowało tylko kawy w filiżance z logo gabinetu.
No i przyszedł ten moment. Przegląd paszczy. Światło w oczy, metal w zębach i nagle słyszę:
„Łooo panie! Ale ktoś to panu spier…lił!”
I wiecie co? To była najkrótsza i najuczciwsza diagnoza w moim życiu. Zero ściemy, zero marketingu, samo sedno.
Czy bolało? Owszem.
Czy zapłaciłem? No wiadomo.
Ale przynajmniej miałem pewność, że facet mówi prawdę. A prawda, choć czasem szczypie bardziej niż znieczulenie, zawsze jest warta posłuchania.
O podejściu do życia pisałem już w Okiem Wieśniaka.
