Zasada 10-3-2-1-0. Czy da się lepiej spać bez cudów, suplementów i magii?

Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że wieczorem jestem zmęczony, ale kiedy przychodzi pora snu, organizm nagle postanawia urządzić sobie zebranie.

Przypominają mi się rzeczy sprzed dziesięciu lat.

Rozwiązuję problemy, których jeszcze nie mam.

Planuję jutro, pojutrze i następny tydzień.

A później budzę się rano i zastanawiam, dlaczego znowu czuję się niewyspany.

Szukając informacji o higienie snu, trafiłem na zasadę 10-3-2-1-0.

Brzmi trochę jak kod do sejfu albo wynik meczu pomiędzy Wioską a Miastem.

W rzeczywistości jest to prosty zestaw zasad pomagających przygotować organizm do snu.

 

10 godzin przed snem – koniec z kofeiną

To punkt, który już na starcie wywołał u mnie lekki niepokój.

Kawa jest dla wielu ludzi czymś więcej niż napojem.

To rytuał.

Towarzysz pracy.

Przyjaciel trudnych poranków.

Problem polega na tym, że kofeina potrafi działać znacznie dłużej, niż nam się wydaje.

Jeżeli planujesz sen około 23:00, ostatnia kawa powinna pojawić się mniej więcej około 13:00.

W teorii brzmi łatwo.

W praktyce człowiek patrzy na kubek o siedemnastej i zaczyna negocjacje.

3 godziny przed snem – ostatni posiłek

Organizm nie jest zachwycony sytuacją, gdy o 22:30 dostaje sygnał:

„Przygotuj się do snu”.

A chwilę później:

„Jeszcze schabowy, dwa kanapki i coś słodkiego”.

Nie chodzi o głodowanie.

Chodzi o danie organizmowi czasu na spokojne trawienie.

Podobno sen bardzo to docenia.

2 godziny przed snem – koniec pracy

Mam wrażenie, że ten punkt został wymyślony specjalnie po to, żeby człowiek poczuł się winny.

Bo przecież zawsze znajdzie się jeszcze jeden mail.

Jeszcze jedna wiadomość.

Jeszcze jedna rzecz do sprawdzenia.

Tyle że mózg nie ma przełącznika ON/OFF.

Jeżeli przez cały wieczór pracuje na pełnych obrotach, trudno oczekiwać, że nagle grzecznie zaśnie.

1 godzina przed snem – bez ekranów

I tutaj robi się naprawdę ciekawie.

Telefon.

Komputer.

Tablet.

Telewizor.

Współczesny człowiek potrafi spędzić przed ekranem niemal cały dzień.

Ja również.

Dlatego ten punkt wydaje mi się jednym z najtrudniejszych.

Zwłaszcza gdy człowiek chce jeszcze tylko na chwilę zajrzeć do internetu.

A wszyscy wiemy, że „na chwilę” oznacza zwykle godzinę.

0 – bez drzemki po alarmie

Budzik zadzwonił.

Wstajemy.

Bez negocjacji.

Żadnego „jeszcze pięć minut”.

Nie ma też mowy o ustawianiu siedmiu kolejnych alarmów.

Przyznam szczerze, że właśnie ten punkt budzi mój największy opór.

Bo dodatkowe pięć minut snu wydaje się czasami największym luksusem świata.

Czy to działa?

Nie wiem.

Jeszcze nie wiem.

Zamiast czytać kolejne artykuły o śnie, postanowiłem po prostu sprawdzić tę metodę na sobie.

Przez najbliższe tygodnie zamierzam stosować zasadę 10-3-2-1-0 i obserwować efekty.

Nie interesuje mnie teoria.

Interesuje mnie odpowiedź na jedno pytanie:

Czy Wieśniak będzie spał lepiej?

Jeżeli tak, napiszę o tym.

Jeżeli nie, również napiszę.

Bo czasami najciekawsze są właśnie eksperymenty, które nie poszły zgodnie z planem.

Myśl spod berecika:

Czasami największą zmianą nie jest to, co zaczynamy robić.

Największą zmianą jest to, z czego wreszcie rezygnujemy.

Jeżeli interesują Cię moje zmagania z wagą, zdrowiem i próbami zostania nieco mniejszym Wieśniakiem, zajrzyj do kategorii Wieśniak na 102.

To właśnie tam będę opisywał swoje doświadczenia z zasadą 10-3-2-1-0.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *